Flisacki Moździerz

Przed setką lat, wiwatował Pieniny.

A echo wystrzału, rozchodziło się po załupkach skalnych, jakby dzieliło na cząstki dary grzmotowego głosu, żeby Pieniny na zbójnicką modę były obdarzone.

Wywiązywał się jak „trza”. Bił echem, jak parobek u bogatego gazdy cepami o klepisko boiska.

Dunajec się honorzył, że i on z dołu posyła grzmoty wierchowe. Flisackie „cołna” przepluwały uroki czarownym Pieninom, aby się im „z oczu nie stało, bo cedujące się mogą je zauroczyć”.

Woził się honornie, jak admirał dunajeckiej flotylli i z rufy łodzi patrząc, słuchał jak jego echo grzmiało stokrotnymi fanfarami wiwatów…

… których słuchał płowy jeleń kiwając głową, zmęczony dźwiganiem rogowych _koron”.

..słuchała śmigła sama i rogacz, inżynier mierniczy pienińskich hatorów.

… słuchał sadłowy borsuk, znachor w chorościach suchotnych”

…słuchał „gad” zwijający się esami Dunajca, a w górze sokół jastrzębia ty „zatacuje koła” i nie dowierza, że tyle strzała: a z jednego moździerza.

A jakby za jego rozkazem, wiele łodzi płynie razem i łączy się w jeden plusk.

„Muzyćka gro”. Cygan nie cymbałem, cymbały cyganem grały. Ze Starej Wsi Spiskiej byli. Uherski „ciardaś” siedzi w gęsiach a pstrągi przed łodziami ciardasiują.

Flisacy — hop – hop — pohopkują swe łodzie.

Smrekowe „sprayski” zagradzają Dunajec, a „wylewki” go poją. A on zawsze na przodzie, czeka na kołek i lont.

…zanim przyszedł w Pieniny, kochał się w „kopanej” ziemi. Był szary, zapomniany, jak licha nieurodzajna ziemia. Był nieużytkiem. Kopacza krępacz wykopał go, załadował na wóz i do Kuźnic Homolaczów dostawił, jak rekruta węgierscy „honwedzi”.

Tam go wzięli do „rapsiagu”, egzecyrka nie byle jaka musiał pokazać siłę jak Janosik, że wytrzyma żar nawet ognia bukowego węgla i przez niego oczyszczony z pierworodnych grzechów. Płynącą lawę wlali do moździerzowej formy, z której się urodził.

Kupił go Józef Szalay, zamawiając i wykucia i odlewy balustrad, bram dla Uzdrowiska szczawnickiego. Podarował do jednemu z pierwszych przewodników i flisaków Salamonowi – Skubel, który był „moździerzowym” flotylli dunajeckiej. I tak latami obdarzał echem czarowne Pieniny, aż przyszedł zakaz. W Pieninach powinien być spokój. Cisza, która leczy nerwy. Zwierzyna też chyba nie hołduje moździerzowym wystrzałom, które wprawdzie są nieszkodliwe, ale przypominające śmierć niejednego „Rogacka”, który się wykopyrtnął na kwiecistej polance.

Spływ dalej płynął z pluskiem dunajcowych fal, ale już bez wiwatów.

Jemu powierzono inną pracę. Na Bryjarce przy „Krzyżu” Wojtek Słowik – Kulawy, jako latarnik oświetlając, wiwatował z moździerza echem ponad Szczawnicę. Ale i tam niedługo popasał. Był niezadowolony ze swej pracy, bo jakby twierdził, że i tutaj powinna być cisza i modlitwa, a nie wojownicze strzały.

Razu jednego pozłościł się, wybuchnął, urywając „latarnikowi” rękę”. Na starość zdziadział, znieśli go w dół, potyrano nim, jak bezwartościowym gratem, w końcu wbito mu do lufy bukowy kij i służył jako pałka do szczypania drzewa i wbijania pali do ziemi.

Ofiarowano go do Muzeum Pienińskiego i tam honorzył się przyprawiony na dziobie starych łodzi dłubanek. Przypominał dawne „hyme czasy”. Dobrze mu tam było, tylko smutno, chociaż słyszał orkiestrę Zakładową, która umila pobyt kuracjuszom w Szczawnicy, nie cieszyły go nawet „Wiekowe” śpiewy „Góralu, czy ci nie żal…” żal osiadł rdzą jego żeliwne lica, bo zamiast gęślami czy kobzą, śpiewający góral popisuje się „harmoszką”, a – „Hej, chłopcy!”, będące śpiewającego zawołaniem, inaczej by zaśpiewali pieśni góralskie.

Wstydził się i czekał… czekał, kiedy usłyszy plusk dunajeckiej bystrej wody, o ściany flisackich łodzi.

I tak mu zeszedł ostatni „rocek”.

… aż przyszedł czas.

Polska Telewizja, „Studio2”, wraz z Polskim Związkiem Flisaków Pienińskich, urządzili w Sromowcach, 3 maja 1977 roku zawody flisackie. W kilku dyscyplinach sportowych pokazywali flisacy zręczność na bystrych falach Dunajca. Tysiące widzów oklaskiwało je. Na początku otwarcia zawodów, obiektyw kamery telewizyjnej ześlizgiwał się z uroczych szczytów Trzech Koron, by ich piękno pokazać Polsce, a słowa recytowanego wiersza, „Dunajec”, jakby wyczarowały spływ.
Kilka wiązanek łodzi, ubranych kwiatami pienińskiego stroju dzieci sromowskich. z góralską muzyką dopływało ku Czerwonemu Klasztorze.

A na przedzie – on – aby odtworzyć starodawny spływ z moździerzem. Tak mu kazano. Wypożyczono go z Muzeum Pienińskiego ze Szczawnicy i przywiązano na dziób pierwszej łodzie.

„Zafutrował” go prochem strzelniczym podoficer z WOP u, kołek do lufy wbił siekierą sromowski flisak, a odpalić miał wiceprezes Stowarzyszenia Polskich Flisaków Jan Majerczak – Korecka ze Szczawnicy – Krościenka.

Dojeżdżają, kamery nastawione, „moździerzowy” zapala… Słychać jeden wielki huk w sromowskiej dolinie, a jego jedno echo, poszło zwiedzić przepiękny Sobczański Wąwóz, a drugie zaglądnąć do cel mniszych Czerwonego Klasztoru, by poszukać brata Cypriana, „Skrzydlatego mnicha”.

Na pierwszej łodzi nie widać pasażerów. Silny podmuch wystrzału kazał „padnąć” między wiązankę łodzi.

Nie ma też i jego na przodzie. Rozszarpane kawałki przyjął Dunajec, jak starcze zwłoki „święto skalisto ziem”.

…a trzecie echo jeszcze dudni we wrotach Przełomu i uchodzi falami Dunajca.

Ostatni szalayowsko – flisacki moździerz przestał istnieć.

Popełnił samobójstwo.

Nie chciał, by z niego zrobiono teatr i nie chciał więcej strzelać na „niby”.

On pamiętał inne czasy, innych zwiedzających i inne Pieniny. Dawniej tamci i dzisiaj niewielu upajało się pięknem przyrody, a usta otwarte z podziwu szeptały jedno słowo uwielbienia – ach!

Dzisiaj czasami słychać śpiewy, a wokół koło łodzi płyną puste flaszki, jak rekiny koło tonącego statku.

Popularne masowe wycieczki.

Pieniny tworzą legendy. Jedna głosi o zatopieniu na Lochu (najgłębsze miejsce Dunajca, około 18 m) „wielkiego dzwonu” z Czerwonego Klasztoru, który został zniesiony przez kasację cesarza austriackiego Józefa II, a z kościoła ołtarze i dzwony zostały rozprzedane. „Wielki dzwon”, gdy go zdejmowano z czerwonej wieży, to płakał rdzawymi łzami, a gdy go wywozili wąską skalistą drogą, zachwiał się i spadł z wozu, tułając się w głębinę Dunajca, bo nie chciał opuścić Pienin.

Tak samo ostatni zbójnik pieniński Trębacz, wrzucił przed śmiercią swą wojskową trąbkę, z którą zdezerterował z cesarskiego wojska, aby nikt na niej nie grał zbójnickie pobudki, tylko pienisty Dunajec. Wiele jeszcze legend posiadają Pieniny, ale ta o flisackim moździerzu, to nie jest legenda, tylko prawda.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *