Historia Sromowiec Niżnych

Z opowiadań nieżyjących już mieszkańców wiadomo o wielkim pożarze, który miał miejsce około 1892 r. Karczmę Drohojewskiego dzierżawił wówczas Żyd Wilfajer.

Oszukiwał on chłopów, a za wódkę przyjmował chleb, fasolę, zboże.

Niektórzy zastawiali nawet ziemię. Co roztropniejsi zaczęli się przeciwko temu buntować. Wójtem był wtedy prawdopodobnie Kozub (o przezwisku Szewców). Wraz z 16 radnymi nakazał Wilfajerowi wynosić się z karczmy. Żyd już wcześniej przeczuwał, co może go spotkać, toteż wywiózł cały swój dobytek. Tej nocy w karczmie przebywali trakciarze, którzy spławiali drewno Dunajcem. Widzieli oni, że karczmarz podpalił stodołę a sam uciekł przez rzekę. Spalił się wówczas cały rząd drewnianych domów i karczma na podmurówce (dzisiejsza ulica Flisacka). Gdy w 1975 r. budowano tam dom, znaleziono na głębokości 60-70 cm nadpalone belki i resztki podmurówki.

Wójt Kozub pozwolił na swoim polu na Wygonie kopać glinę do wyrabiania cegieł. Zbudowano z nich plebanię, a także inne budynki. Powstała też nowa karczma. Jej właściciel nie potrafił jednak ani pisać, ani liczyć. Sprzedając na kredyt, rysował kreski w komorze, ale nie umiał zapisać nazwisk. Wkrótce zbankrutował i musiał sprzedać Podłaszcze i inne pola za długi. Kreski na drzwiach przetrwały aż do 1934 r.

Pierwszy sklep został założony jeszcze przed 1900 r. Nazwano go „Trafika”. Można tam było nabyć tytoń i bibułki oraz zapałki. Nieco później sklep znajdował się także w domu organisty Andrzeja Waradzyna. Przetrwał aż do 1945 r. Po rzeczy, których nie było w sklepie, chodziło się przez Dunajec do Starej Wsi, Lubowni, czasem przez góry do Krościenka, ale na Słowację było łatwiej i bliżej.

W 1902 r. wieś nawiedziła inna klęska żywiołowa – zator lodowy. Jedenastoletni chłopiec był w Brzegach i widział, że woda na rzece się podnosi. Po srogiej zimie lód utrzymywał się na Dunajcu jeszcze w marcu, ale przyszło nagłe ocieplenie. W centrum wsi na środku rzeki był kamieniec (wyspa) i na nim spiętrzyły się kry, tworząc zator. Nadmiar wody szybko rozlał się na okolicę. Bystry nurt rzeki niósł drzewa, z których jedno wpadło przez okna do domu. Budynek wraz ze stajnią i krowami został porwany i odnaleziono go dopiero koło Jazowska. Były to zabudowania Regieców (Jasicków), którzy prawdopodobnie dwukrotnie stracili dach nad głową, bo opowiadano później, że „budowali się trzy razy za życia”.

W latach 1907-1914 w sromowskiej leśniczówce prowadziła ożywioną działalność stacja turystyczno-krajoznawcza Towarzystwa Tatrzańskiego.

Przed I wojną światową wielu ludzi wyjeżdżało za chlebem. Zwłaszcza mężczyźni i młode dziewczęta. Miejscem docelowym emigrantów była Ameryka lub Westfalia. Kawalerowie przysyłali do wsi kartki pocztowe, przeważnie z motywami religijnymi. Czasami przychodziły pieniądze i zaproszenie do wyjazdu. Niektóre dziewczęta ruszały „za wielką wodę”, nie znając przyszłego męża. Część z nich żałowała tego wyboru. Ciekawostką jest to, że każdorazowo pozwolenie na wyjazd wydawała Rada Gminy.

Tuż przed wybuchem wojny pięciu sromowian (rocznik 1891) wróciło z Ameryki. Akurat trafili na pobór do wojska. Rekrutów znaczono brzytwą pod żebrami. Każdego z tej piątki zawierucha wojenna rzuciła na inny front. Jakub Grywalski odniósł ciężkie rany na froncie niemieckim. Znaleziono go zmarzniętego i nieprzytomnego. Przez 6 miesięcy leżał w szpitalu wojskowym w Hamburgu. Inni dostali się do Włoch. Wędrowali obdarci, brudni i głodni. Jeszcze inni przeszli straszliwą gehennę na froncie rosyjskim. Gdy w 1917 r. w Rosji wybuchła rewolucja, jakiś Słowak zorganizował ucieczkę z obozu jenieckiego. Po wielu perypetiach udało im się szczęśliwie dotrzeć do rodzinnych domów. Nie cieszyli się jednak długo wolnością, gdyż machina wojenna wciąż potrzebowała nowych ofiar. Do wojska nie wzięto tylko wójta z racji sprawowanego urzędu.

Starsi sromowianie pamiętają z opowiadań rodziców, że za Dunajcem, w Jordańcu, znajdował się obóz z rosyjskimi jeńcami wojennymi. Byli oni wykorzystywani do niewolniczej pracy. Wielu pracowało w tartaku w pobliżu obozu. Teren był oświetlony prądem elektrycznym wytwarzanym za pomocą jakiejś machiny. Głośny sygnał wzywał więźniów do pracy. Okoliczni mieszkańcy nie mieli zegarków, więc widząc obozowe światła, wstawali myśląc, że to już poranek.

Jeńcy cierpieli niewyobrażalną nędzę i głód. Sprytniejsi wyrabiali z drewna różne drobiazgi: kuferki, skrzynki, ozdoby, pierścionki, pucki6 do gniecenia ziemniaków. W zamian dawano im, kto co miał: kawałek chleba albo moskala. Moskal było to ciasto wyrabiane z mąki, wody, soli, sody, czasami z dodatkiem ziemniaków. Piekło się je na gorącej kuchennej blasze.

Wkrótce przyszła epidemia hiszpanki (rodzaj grypy). Ludzie powszechnie chorowali, co słabsi szybko umierali. Po słowackiej stronie, w budynku szkolnym (dziś przedszkole) urządzono prowizoryczny szpital. Jednak wielu mieszkańców i jeńców zmarło. Chowano ich w papierowych workach na cmentarzu obok kościółka.

Nie było z kim i czym szmuglować. Austriacy zabierali krowy i konie, płacąc za nie dość dobrze, ale trudno było coś kupić, bo nie było sklepów. Jak opowiadała Ewa Cichoń, podstawą wyżywienia był chleb. Jej starszy o rok brat Antoni, mając 17 lat, wraz z kilkoma rówieśnikami został zmobilizowany. Kwaterowali w Tarnowie. Parę dziewcząt wybrało się do nich z jedzeniem. Niosły na plecach bochenki chleba, które służyły im także jako zapłata za noclegi. Wystraszyły się młodego, wychudzonego żołnierza, gdyż wyglądał bardzo nędznie, a po jego mundurze spacerowały wszy. Żołnierze byli wiecznie głodni, czasami i przez kolejne trzy dni jadali tylko buraki ćwikłowe. Nękały ich też różne choroby.

W sierpniu 1917 r. spaliły się Szwaby Niżne. Mężczyźni byli na wojnie, pozostali pracowali w polu. Nie miał kto walczyć z pożarem. Odbudowywano domy już murowane, pozostawiając jednak drewniane stropy. Pomagali jeńcy rosyjscy, wśród których nie brakowało prawdziwych artystów. Wykonane przez nich drewniane ozdoby i inkrustacje szczytów dachów zachowały się po dziś dzień w dobrym stanie. Niektóre motywy zdobnicze znalazły uznanie u domorosłych twórców w Sromowcach.

W lipcu 1934 r. długo padał deszcz. Przez chmury nie było widać Trzech Koron. Krowy cały czas trzymano w stajniach, bo nie miały gdzie się paść – wszędzie stała woda. Dunajec bardzo szybko przybierał, ale mieszkańcy do końca nie chcieli opuszczać swoich domów. Wreszcie jednak zmuszeni byli przewieźć dzieci łódkami przez ogrody i kapuśniska (zagony kapusty) do domów Pod Brzegami. Jednak i tam dotarła woda, więc przeniesiono się jeszcze wyżej – Pod Górę. Zalało także i te domy, chociaż stały wyżej od innych. Tej nocy nikt nie spał. Gdy się rozwidniło, woda powoli zaczęła opadać. Pod wieczór można już było wrócić do domu. Wszystko było zamulone i podmyte. Po powodzi nastała wielka bieda, bo zboża zostały zalane, ziemniaki wypłukane. Ostało się tylko to, co rosło na zboczach. Były jakieś zapomogi, ale i niesnaski z tego powodu… Wielu mieszkańców nabawiło się wysypki od chodzenia po brudnej wodzie. Żaden budynek nie został porwany przez rzekę, choć jej normalny stan został przekroczony o osiem metrów.

Gdy dziś płynie się łodziami przełomem Dunajca, można zobaczyć na skale znak, dokąd sięgała woda. W czasie powodzi w 1997 r. stan Dunajca był jeszcze o 30 cm wyższy. Sromowce Wyżne i Niżne uratowała zapora im. G. Narutowicza, oddana do użytku niemal w przeddzień katastrofalnych deszczów.

W latach międzywojennych wybudowano w Sromowcach Niżnych schronisko, które do dziś góruje nade wsią.

Nasza sromowska męska młodzież należała do organizacji obronnej, którą byli Strzelcy Podhalańscy. Ćwiczyli na łąkach nad Dunajcem. Na granicy byli polscy strażnicy, którzy pomagali im w tych ćwiczeniach. Chłopcy mieli karabiny bez zamków, jeszcze z pierwszej wojny światowej. Strażnica znajdowała się w Kowalczykowych izbach, tam gdzie dzisiaj jest pobudowany Eugeniusz Waradzyn.

Gdy Niemcy przekroczyli granicę na Dunajcu, wiadomo już było, że wojna się rozpoczęła. Mężczyźni – młodzi i starsi – zebrali się za Podskalnią Górą . Tam radzili, czy uciekać czy robić coś innego. Karabiny, które były przeznaczone do nauki strzelania, wrzucili do studni znajdującej się przy strażnicy. Ostatecznie paru uciekło przed wojskiem niemieckim – umówili się w pustelni z Wincentym Kasprowiczem, razem także powędrowali na wschód. Jak się potem okazało, przeszli gehennę. Całą noc stali w Sanie, gdyż po drugiej stronie byli już Rosjanie. O głodzie i chłodzie wrócili do domów. W tym czasie opuszczona pustelnia została splądrowana. Kilku ludzi ze wsi, którzy byli strażnikami granicznymi, uciekło.

dy Niemcy mieli wkroczyć do Sromowiec, mężczyźni wy* prowadzili w góry konie w obawie przed zarekwirowaniem, ale wnet z nimi wrócili, bo wydane zostało zarządzenie, że przebywanie w lesie lub w górach będzie karane śmiercią.

Niektórzy Niemcy zachowywali się przyjaźnie – dawali dzieciom słodycze. One nie rozumiały, że to wrogowie i spragnione łakoci brały. Starzy frontowcy mówili na to, że teraz rozdają słodycze, ale jak będą uciekać, to nie będą mieli czasu, by guziki munduru zapiąć. Różnie też wyrażali się o tej nowej wojnie – że potrwa krótko i szybko zostanie rozstrzygnięta, bo broń jest znacznie bardziej nowoczesna.

Wojsko niemieckie przez parę dni przemieszczało się ze Słowacji do Szczawnicy. Powstał wielki zamęt i strach padł na ludzi. Wielu martwiło się o to, co będzie dalej. Wieczorem • opowiada Franciszek Regiec7 – od słowackiej strony przez Dunajec Niemcy wkroczyli do Sromowiec. Jechali na koniach, które miały do uprzęży przypiętą broń. Na noc uwiązane zostały do pochyłych drzew nad Dunajcem, które do rana były dookoła ogryzione z kory. Piechota przy Czerwonym Klasztorze na pontonach przeprawiła się na polską stronę. Nasi żołnierze zabili dwóch Niemców. Potem ich poszukiwano i przez dłuższy czas musieli się ukrywać. Niemcy odezwali się serią z karabinów maszynowych i na tym skończyło się zdobywanie Sromowiec. Rano piechota poszła wąwozem do Krościenka, a zmotoryzowani pojechali przez Pieniny do Szczawnicy.

Wnet opustoszały sklepy z żywnością, a wszystko podrożało wielokrotnie. W końcu doszło do tego, że nie było nic. Zaczęto żebrać. Wielu obcych codziennie przychodziło, prosząc o wsparcie -jeden drugiemu „podawał drzwi”. Ludzie się dzielili tym, co mieli. Mieszkańcy Krościenka i Szczawnicy, którzy wcześniej żyli z turystyki, a nie mieli ziemi, nagle utracili źródło utrzymania. Przychodzili wówczas na wieś, by za ubrania i inne przedmioty dostać trochę żywności.

Co chwila były wydawane nowe zarządzenia, które sołtys ogłaszał w niedzielę przy kościele. A gdy było to coś ważnego, to podsołtys chodził z bębnem9 i zawiadamiał. Godzina policyjna trwała od 22.00 do 6.00. Okna wówczas należało zaciemniać, ale nie było czym, więc stosowano gruby czarny papier, który specjalnie w tym celu sprowadzano z Nowego Targu.

Zachęcano do wyjazdu do Niemiec na zarobek. W listopadzie 1939 r. pojechali ochotnicy, a za nimi niedługo następni. Pisali do domów o warunkach pracy. Ci, którzy byli w fabrykach, mieli bardzo ciężkie życie. U baorów10, czyli niemieckich gospodarzy, było niewiele lepiej, chociaż nie głodowali aż tak. Późno chodzili spać, a wstawali o 4.00. Co miesiąc byli szczepieni, ale nie wiedzieli przeciw czemu (byli chyba królikami doświadczalnymi). Gdy gospodarz

poskarżył się na swego robotnika, to natychmiast był on przenoszony do gorszej pracy. U niektórych było po 20 osób pochodzących z różnych krajów zajętych przez Niemców. Czasem ktoś trafił na dobrego człowieka. Jeden pracował u ewangelików. Pełnił rolę gospodarza, bo właściciel był na wojnie, a potem zginął. Baorka skupowała od znajomych ubrania i kazała mu wysyłać do rodziny. U nas się nimi dzielili, bo bieda była okropna.

Dwom kawalerom udało się wrócić z Niemiec: jednemu na pogrzeb matki, drugi dostał urlop pod warunkiem bezwzględnego powrotu. Jedynym wybawieniem z trudnego położenia był ożenek, czego też obaj nie omieszkali uczynić. Jeśli wyznaczeni nie stawiali się do wywózki, brano najbliższych – ojca lub matkę – do więzienia w Nowym Targu. Trzymano ich tam jakiś czas. Jeśli przeżyli i wrócili na wieś, to ich opowieści budziły trwogę i przerażenie. Nielicznym udało się uciec z łapanki czy transportu, lecz już nie było w Sromowcach dla nich miejsca. Uciekali na służbę do Słowacji. Do Niemiec wywożono na służbę nawet czternastoletnie dzieci. Po wojnie nie powróciły stamtąd cztery osoby i słuch o nich zaginął.

Przypuszczalnie zginęli.

Sołtys otrzymywał polecenia, aby przedstawić wykaz ludzi, którzy mają wyjechać na roboty do Niemiec. Poza tym wszyscy byli zobowiązani do odstawiania tzw. kontyngentu zboża, bydła i mleka.

Ze wszystkich gospodarstw zabierano krowy, pozostawiając tylko jedną na rodzinę – nieważne czy była ona dziesięcioosobowa, czy mniej liczna. Czasem zabierano nawet tę ostatnią żywicielkę.

Zdarzało się, że wśród pobierających kontyngent znalazł się Ślązak, Czech lub Słowak. Dawali się oni przekupić wódką i zostawiali krowy w zagrodach.

Bywało i tak, że ktoś wcześniej doniósł o nadejściu poborców i można było ukryć krowę w komorze (czyli w spiżarni, która znajdowała się w domu za kuchnią i pokojem). W komorze były ziemniaki, to sobie krowa poużywała przy okazji. Gdy poborcy zobaczyli, że w stajni jest tylko jedna krowa, to jej nie zabierali.

W jednym z gospodarstw kobieta uwiązała krowę u kołyski z małym dzieckiem. Wzięli to za żart i zostawili jedyną karmicielkę. W jeszcze innym domu ukryto krowę-dójkę, a zacieloną wyprowadzano. Czasem, zanim zarekwirowaną krowę doprowadzono do miejsca zbiórki, można ją było za pół litra wódki wykupić. Bydło było często spisywane.

Mleko odstawiano do Maniów. Z powrotem przywożono je do wsi już odwirowane, czyli bez śmietany. Woził „z porządówki”11 za każdym razem inny gospodarz, zwany mleczarzem. Na to mleko czekali ludzie, którzy gotowali je potem i jedli z ziemniakami. Ziemniaki dla niektórych były jedynym pokarmem, spożywanym rano, w południe i wieczorem. Ludzie bardzo głodowali. W domach, w których mieszkało więcej osób, a nie było dla nich pracy, dłużej spano po to, żeby mniej jeść. Jednak żołądka nie dało się tak łatwo oszukać.

Młyn był zaplombowany, a mąki nie można było nigdzie dostać. Ludzie zbierali więc niedojrzałe zboże, następnie suszyli je na piecu w brytfannach, bo wilgotnego nie dało się zemleć. Zaszywali się w piwnicach, stodołach i tam po kryjomu mełli je na żarnach. Robili to głównie nocami lub wczesnym rankiem. Plewy oddzielano. Grubszą część przeznaczano na kaszę, a drobniejszą na mąkę.

W czasie tarcia kamieniem o kamień aż zgrzytało w zębach. Do dzisiaj pamiętam to zgrzytanie. Chleb z takiej mąki był czarny jak ziemia i rozlatywał się, więc dodawano do zaczynu gotowanych ziemniaków. Majstrowie robili pucki, by lepiej można było ugnieść ziemniaki. Znajdowały się one prawie w każdym domu.

Za posiadanie żaren, zabicie świni, konia lub krowy groziła kara śmierci. Znalezioną kiernickę12 rozbijano, a jej właściciela bito. Taką karę wymierzono również wówczas, gdy jeden z mieszkańców przyniósł za mało mleka do zlewni.

Z palonego i tłuczonego jęczmienia wyrabiano dobrą kawę. Można było ją pić z mlekiem – i to dobrze ochrzczonym, z dodatkiem cykorii, z sacharyną – ale tylko od święta. Bułki miały ten sam kolor, jak dziś ciemny chleb.

Poczucie humoru i zachowanie jedności między ludźmi ratowały przed skutkami przerażającej nędzy tamtych czasów. Mało kto zdołał ocalić krowę przed niemieckim kontyngentem, dobrze gdy ostały się ziemniaki i kapusta. Jadano polewkę, tzn. zasmażaną wodę albo trzy razy na dzień kwaśnicę z kiszonej kapusty z wodą po ugotowanych ziemniakach z dodatkiem tychże ziemniaków lub kapusty.

Pod niemiecką okupacją sytuacja była coraz gorsza. Chodziło się do Krościenka po drobne zakupy, do apteki, sprzedać jajko czy wymienić kurę na sól i zapałki. Pieniędzy nie było, bo nikt nigdzie nie zarabiał. Widzieliśmy wówczas Żydów wywożonych zapewne do obozów. Przed okupacją mieli w Krościenku i Szczawnicy wiele sklepów i karczem. Również pasąc krowy na polanach, widzieliśmy Żydów prowadzonych pod eskortą do pracy w lesie – był to straszny widok.

Ponieważ hitlerowcy organizowali coraz więcej łapanek, więc młodzież uciekała na służbę do Słowacji – mówiło się wówczas: „za wodę” lub ukrywała się w lesie. Młodzi spali w starym kościele, w schowku nad zakrystią albo na strychu w starej szkole. W arbeitsamcie uciekiniera się wymeldowywało mówiąc, że wyjechał do Niemiec na roboty i więcej nie przychodziły do niego wezwania. Uciekinierom też nie było lekko. Wiele osób służyło za półdarmo u Niemców w Białej Spiskiej i innych miejscowościach. Niektórzy handlowali i uprawiali szmugiel ze Słowakami. Był jednak z tego marny zarobek. Z jednej strony granicy stali Niemcy, z drugie) słowaccy żandarmi. Przeprawa przez granicę wyglądała w ten sposób, że przechodziło się przez Dunajec, kiedy Niemców akurat nie było w pobliżu. Ze strachem przed zasadzką na drugiej stronie przenosiło się gwoździe, sól, żrącą sodę kaustyczną, pierze, wełnę, liście tytoniu, itp. Nielicznych złapanych przemytników zabierano do strażnicy, pozbawiano ich towaru, czasami wypuszczano na wolność, niektórych jednak więziono bądź wywożono do Niemiec.

Gdy przejście przez rzekę się udało, dalej droga wiodła lasami przez Magurę na Toporzec, Słowiańską Wieś lub w inne strony. Tam tośmy się już śmiali z niebezpieczeństwa. W czasie tej przeprawy często dokuczało nam pragnienie, gasiliśmy je wspaniałą kwaśną wodą ze źródeł na toporzeckich łąkach.

Gdy doszliśmy do słowackiej wsi, gospodynie zawiadamiały sąsiadki i wspólnie kupowały nasz towar. My z kolei za korony nabywaliśmy czarne tenisówki, zapinane z boku na guzik lub płótno i inne materiały. Z tym towarem znów trzeba było chodzić po miejscowościach w Polsce, aby go sprzedać i za zarobione grosze kupić towary na Słowację. Lichy a zarazem niebezpieczny był to zarobek. W czasie powrotów ze Słowacji bywało różnie. Czasem po burzach i ulewach przybierała woda w Dunajcu i nie dało się przejść na drugą stronę. Przeczekiwało się wówczas gdzieś w polu lub w szopie, nieraz po parę dni. Sytuacja gorzej wyglądała zimą. Dunajec przechodziliśmy po lodzie, a często powrót odbywał się już w wodzie. Czasami zimą, gdy nie było lodu, zdejmowaliśmy obuwie i przechodziliśmy boso na drugi brzeg. Potem zamoczone ubranie zamarzało r na kość, a skóra robiła się czerwona i popękana.

Kiedyś ze Stanisławą Regiec (moją kuzynką) wracałyśmy ze Słowiańskiej Wsi – wspomina Stefania Baszak. Nagłe przed nami jak spod ziemi wyrośli słowaccy żandarmi na rowerach z pytaniem, czy nie widziałyśmy Półek. Śmiejąc się odpowiedziałam po słowacku: „Ja som ich ne widela”. Widząc takie żebraczki przed sobą, chyba byli zaślepieni, biorąc je za słowackie kobiety. A może był w tym palec boży?!

Było i tak, że młody mieszkaniec Sromowiec przypłacił życiem przemytniczą wędrówkę. Wracał wraz z kolegą na polską stronę. Woda w rzece była wysoka, a on niskiego wzrostu. Musiał jej ulec – porwała go i biedak utonął. Przyjaciel był wysoki i szczęśliwie dotarł do brzegu.

Innym razem dwie dziewczyny ze wsi wracały ze Słowacji. Na Halcie znalazły jakiś przedmiot, który z ciekawości jedna z nich wzięła do ręki. On eksplodował, raniąc jedną poważnie, a drugą lekko. Wybuch ten był słyszany z oddali, nawet po polskiej stronie, w Nowisku, gdzie pasało się bydło. Cała wieś współczuła nieszczęsnym.

Na przemyt chadzali ludzie nawet z odległych miejscowości -przeważnie byli to młodzi – tak dziewczyny tak i chłopcy. Niejedna panna, która służyła po drugiej stronie, wyszła za mąż za chłopaka, którego tam poznała i pozostała już tam na zawsze.

Czasem towar naszym ludziom odbierali Cyganie, napadając na nich większą grupą. Raz okazało się, że umówiona gospodyni, do której szło się z towarem, miała syna żandarma, więc trzeba było handlować u sąsiadki. Kiedy indziej znowu młodzi Słowacy zaprosili nasze dziewczyny do karczmy na zabawę przy cygańskiej muzyce. Towar ukryto gdzieś w stodole i można było parę godzin pohulać. Oprócz dwóch starszych Słowaczek w karczmie nie było rzeczywiście innych dziewcząt. Starsze wyniosły się wkrótce obrażone z powodu braku adoratorów, a nasze hulały, że aż strach. Te, które poszły, Widocznie z zazdrości zawiadomiły żandarmów o bawiących się Polkach. Szczęściem jeden ze Słowaków, który z pochodzenia był Polakiem, ujrzał ich wcześniej przez okno i wszyscy zdążyli uciec drugim wyjściem. Żandarmi, widząc pustą karczmę, zrezygnowali z poszukiwań, nie chcąc z siebie robić pośmiewiska, a nasi wrócili do handlowania.

Idąc przez Magurę, nie widziało się prawie nikogo po drodze, ale przy spotkaniach chwaliło się Boga po słowacku: „Pochwaleny Pan Jeziś…”. Spotykając kogoś przy pracy, mówiło się:

Pan Boh pomahaj…”, pozdrawiani odpowiadali. Nieraz starsze kobiety nas żałowały: „Żeny, zacne, hudobne żeny…” (biedne kobiety).

Pewnego dnia do Sromowiec dotarła niemiecka gazeta ze zdjęciem lasu katyńskiego. Widać na nim było stosy trupów z obwiązanymi głowami nad brzegiem długich rowów – zbiorowych mogił. Zarówno wiadomość o zbrodni dokonanej na polskich oficerach, jak i straszny widok wstrząsnęły ludźmi. Starsi medytowali, a młodzi podsłuchiwali, nie bardzo rozumiejąc, o co chodzi.

Chłopcy, którzy jakoś szczęśliwie zostali w domu, też niedługo cieszyli się względną swobodą. W krótkim czasie zaciągnięto ich do tzw. junaków. Tam dostali umundurowanie i służyli 2-3 miesiące przy budowie dróg, mostów czy baraków – głównie w Krakowie. Była to ciężka i wyczerpująca dla nich praca, zwłaszcza, że jedzenie było mizerne.

Prawie z każdego domu we wsi brano starych i młodych do kopania okopów. Tych, którzy kogoś mieli na wojnie lub na robotach w Niemczech, mniej się czepiano. Głębokie okopy przetykane bunkrami ciągnęły się od Łopusznej do Nowej Białej. Ludzi skoszarowano w małych, drewnianych, lichych barakach. Spali tam na słomie przyniesionej przez dobrych ludzi. Byli na własnym, nędznym wikcie, rzadko ktoś częstował drugiego, bo sam niewiele miał. Oprócz chleba żywiono się moskalem. Wcześnie rano ciężarówki zabierały wymęczonych ludzi do dalszej harówki. Nad pracującymi nadzór sprawowali Niemcy, znęcając się nad coraz słabszymi. Co się tam ludzie namęczyli, to jeden Pan Bóg wie… I tak cała robota była daremna, bo front przeszedł w innym kierunku. Tyle lat minęło już po wojnie, ale część tych rowów można zobaczyć jeszcze dzisiaj między Łopuszną a Nową Białą.

Aby dostać się do Czorsztyna, można było liczyć jedynie na własne nogi. Na odrabianie tzw. szarwarku-porządówki chodziło się pieszo. Sołtys prowadził rejestr porządkowy’ i wyznaczał kolejność odrabiania. Tak samo było z dawaniem noclegu żebrzącym. Co dwa, trzy tygodnie kładło się do kuchni snop słomy, który służył jako posłanie. Potem nakarmiono takiego osobnika, a rano szedł sobie dalej.

W tamtych czasach Dunajec był rzeką nieujarzmioną. Gdy po ulewach czy roztopach wody się podnosiły, rozszalały nurt podmywał drogi, którymi potem nie można było przejechać. Poprawialiśmy je więc, czym się dało: łopatą, kilofem, zgarniając z Obłaźnej lub Macelowej kamienie i ziemię do zasypywania wyrw i dziur. Wszystko było w porządku do następnego dunajcowego szaleństwa, po którym efekt był taki sam. Woda podbierała ziemię z dołu, tak że większe kamienie i głazy z załatanych dziur lądowały w rzece i droga znów była nieprzejezdna. Nie lepiej sytuacja wyglądała na drogach mniej ważnych, rujnowanych przez pobliskie potoki. Naprawiały je często dzieci, bo starsi mieli ważniejsze roboty. Kierował tymi pracami ktoś z dorosłych. Z biegiem czasu porobiono płotki osłonowe, posadzono trochę drzew, chroniąc tym brzeg przed nagłą obrywką.

Jesień 1944 roku zapisała się w pamięci sromowian jako okres wielkiej niepewności o dalsze losy. Trwały jesienne prace -kopanie ziemniaków – wtenczas pod Nowym. Pracowano cały dzień. Tylko w czasie obiadu można było się na dziesięć minut położyć, wyciągnąć obolałe nogi i rozprostować nadwerężony kręgosłup. I tak przez dwa tygodnie…

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia Były one smutne, bo różne wieści się słyszało. Front zbliżał się do wsi. Ziemia drżała od dalekich wybuchów, nieraz wydawało się, że zupełnie blisko eksplodowały pociski. Panował strach. Tymczasem odgłosy frontu stawały się coraz bliższe, głośniejsze. Niemcy zaczynali się pakować. Czasem przeleciał samolot. Po słowackiej stronie stało wiele wojskowych ciężarówek czymś wyładowanych.

Starzy frontowcy głośniej teraz rozmawiali. Każdy się starał, żeby był chleb w domu, gdy trzeba będzie uciekać. Przyszedł rozkaz z porządówki, żeby po kolei odwozić Niemców. Wyznaczono pary koni i trzeba było zabrać chleb i derkę zrobioną na krosnach do przykrycia zwierząt

Ci, którzy pojechali z Niemcami, przez parę dni nie przyjeżdżali, aż wreszcie zmarznięci przyszli pieszo z Jabłonki. Okazało się, że konie zginęły i wszystko, co mieli ze sobą, przepadło, bo tam już toczyły się walki. Dzień przed tym przeleciał nad wioską niemiecki samolot, zataczając półkole i dając znaki, że zbliża się front. Wszyscyśmy się temu przyglądali z zaciekawieniem.

Niemcy okopywali się w dwóch miejscach: na Obłaźnej Górze i za Dunajcem. Wtedy zrozumieliśmy, że w razie walki dostaniemy się w krzyżowy ogień. Strach powstał wielki, bo nikt nie wiedział, co mamy robić.

Pewnego dnia około dziesiątej usłyszeliśmy okropny wybuch, szyby wyleciały w niektórych oknach. Zobaczyliśmy po słowackiej stronie na szosie nad Dunajcem sznur niemieckich samochodów jadących z wojskiem. Po lodzie, który miał grubość około 60 cm, wjechali do Sromowiec. Patrol niemiecki szybkim krokiem przeszedł w górę, w stronę kościoła. Za chwilę pojawił się zwiad rosyjski. Ktoś wołał do Rosjan: „Goń tych skurczybyków’”, Niemcy jednak wrócili. Rosjanie popędzili ich w stronę kościoła. Na Brzegach nade wsią widać było Niemców, Rosjanie zaczęli do nich strzelać z lekkiej broni. Zaraz odezwały się moździerze, karabiny maszynowe. Na podwórzu starej szkoły Niemcy wkopali działo, ale potem okazało się bezużyteczne, ani razu nie zostało użyte w walce. Ludzie ze strachu pouciekali do piwnic, do murowanych stajni, schowali się pod płytę betonową w stajni naszego domu. Strzelanina się nasilała.

Jedna z kul wpadła do sieni, dach się załamał, wrota potrzaskały, a gospodarz wszystkim kazał uciekać Pod Brzegi. Kule świstały’ koło głów, ale wszyscy uszli cało. Gospodarz widząc, że walą się wrota, wypuścił bydło z obory, stajni i owczarni. Oszalałe od huku zwierzęta rozbiegły się, niektóre postrzelono, inne zabrano. Najmądrzejsza była Świnia, bo zakopała się w oborniku i tak czekała końca wojny.

Pod Brzegiem była kamienna stajnia, w której znalazło schronienie wielu ludzi. Siedzieli też w piwnicach. Wszyscy ze strachem głośno się modlili. Bez przerwy’ słychać było strzały. Gdy tylko na chwilkę przestaliśmy się modlić dla odpoczynku, to zaraz dzieci prosiły: „Módlmy się, bo nas zabiją”.

Chciało się jeść, pić, dzieci płakały z głodu. Postanowiliśmy więc, że napalimy w piecu, zasypiemy wodę mąką i damy to dzieciom. Gdy tylko pojawił się dym, to zaraz obok budynku zaczęły rozrywać się szrapnele. I to był naprawdę cud, że pociski nie trafiały w zabudowania. Siedzieliśmy na kamieniach. Było bardzo zimno, ale jeden grzał się od drugiego i jakoś się przeżyło. Młodzież uciekła w góry – tam jednak też nie było lżej. Dość przeżyli – zimy, strachu i głodu.

Noc była spokojniejsza, a z nastaniem dnia zaczęło się to samo piekło. Starzy frontowcy całą noc i dzień biegali tam, gdzie się paliło i gasili. Dzięki nim ocalała nasza wieś. Spaliła się tylko leśniczówka, niewielki domek, stojąca obok stodoła i drewniana spiżarnia. Ale za to dużo było uszkodzonych domów. Następny dzień był jeszcze gorszy, bo bez przerwy grała artyleria. Niektórzy przybiegli pod wieczór do przysiółka Pod Górą, za stary kościół. I tam było coraz więcej ludzi, a Niemcy „macali”, czyli strzelali coraz bliżej. Na drugi dzień wycofali się w góry. Do wsi weszli.Rosjanie, ale tych Niemców z gór (z Obłaźnej) nie mogli dosięgnąć. Noc żeśmy jakoś przeżyli na modlitwie i nikt oka nie zmrużył. Była wtedy taka kobieta, która na pamięć umiała litanię loretańską, litanię do Serca Pana Jezusa, do Najświętszego Imienia Jezus, godzinki, różańce i wiele innych modlitw. Wszyscy gorąco się modlili i myślę, że to był naprawdę cud, że udało nam się to wszystko przeżyć.

Po nocy znów nastał okropny dzień – na szczęście już ostatni. Wszędzie było pełno Rosjan, a z Obłaźnej bez przerwy strzelali Niemcy. Rosjanie na to chcieli w domach rąbać dziury i strzelać do nich, ale zaczęliśmy ich błagać, że to nic nie da, a tylko ściągnie ogień. Dopiero nasi frontowcy doradzili im, jak mają Niemców zajść od tyłu. Posłuchali, podczołgali się i rzucili granat między nich. Jeden zginął na miejscu, a dwóch zostało rannych. Sprowadzono ich do nas – był to okropny widok.

Nowy Targ już zdobyto i wojsko parło na Tatry, a Sromowce, które leżały na uboczu, jeszcze nie były zdobyte. Z przełomu drogą do Szczawnicy szło rosyjskie wojsko. Wielu ich tam padło. Ciągle jeździły samochody, na tyły zabierano rannych i trupy. Ciała leżały także na naszych górach i polach.

Była to sobota już po przejściu frontu. Słychać było jeszcze strzały, ale wystraszeni, zmarznięci ludzie wracali do domów. Nie wszyscy mieli do czego wrócić, bywało tak, że cała odzież zaginęła. Ci ludzie zostali w tym tylko, w co się w pośpiechu ubrali. To wszystko działo się na Niżnym Końcu i Pod Górą. Jednego z mężczyzn ranił odłamek w rękę. Nie było lekarstw ani lekarzy, bardzo cierpiał. Potem leżał w szpitalu, ale rana nie chciała się zagoić i trzeba było pożegnać ten świat.

Jeszcze inna historia wydarzyła się w przysiółku Sromowce Średnie – opowiada Andrzej Cichoń.

Parę dni przed bitwą Niemcy okopywati się w Halcie, na Majerach, które znajdują się po słowackiej stronie Dunajca oraz na Obłaźnej Górze. Swobodnie przechodzili przez rzekę, ponieważ był mocny lód Porozumiewali się przez przenośne telefony. Ludzie z Majerów dali znać naszym ze Sromowiec Średnich, uciekającym z domostw w góry, aby wracali, bo Niemcy będą strzelać do ludzi spotkanych w polu. Samoloty rosyjskie przelatywały bardzo nisko, ale nie strzelano z nich do cywilów. Niemcy najpierw wysadzili mostek pod Haltą na dopływie Dunajca. Siedzieli ukryci w domach na przysiółku Góra. Rosjanie nie mogli zdobyć domostw, więc pociskami zapalającymi spalili 10 gospodarstw – z całym dobytkiem, ze zwierzętami. Niektórzy zdążyli wypuścić krowy, korę uciekły aż pod Czerwoną Skałę. Te, które Niemcy zabili, i te, które same się przewróciły, leżały wzdęte na lodzie. Jedna z nich przyszła do domu ludzi, którzy używali jej do prac polowych, sprzęgając wraz ze swoją krową do wozu. Rykiem wzywała pomocy. Poznali ją, wpuś-cili do obory i dzięki niej ocalała cała rodzina.

Ludzie ukryli się w osobnych piwnicach, które były Pod Brzegiem. Niektórzy uciekli za Macelową Górę albo za Białą Skałkę. Jedna z karmiących matek z niemowlęciem w okropnym zimnie, o głodzie, dostała się do Kątów. Tam jednak też było pełno ludzi, również tych z Majerów. Nad Dunajec, na tzw. Nadwodną, zeszli się ludzie – rozlokowali się w trzech murowanych domach, w których szyby wypadły od wybuchów artyleryjskich, a okna zasłaniano pierzynami. Panowały ponad dwudziestostopniowe mrozy. Siedzieli tam około trzech dni.

Rosjanie, którzy szli od Szczawnicy, widząc, że Niemcy mocno się opierają, zawracali na drogę w stronę Czorsztyna. Okrążając ich z tamtej strony, zaszli im drogę w Sromowcach.

Niemcy, którzy mieli łączność z wojskami znajdującymi się po słowackiej stronie w Starej Spiskiej Wsi, zdążyli uciec w stronę Tatr, a inni, którzy o tym nie wiedzieli, dostali się w ręce Rosjan. Ludzie na Niżnym Końcu nie wiedzieli, że został spalony przysiółek Góra. Był to okropny i przerażający widok. Okna zaszklono dzięki dużej ilości obrazów świętych, z których powyjmowano szkło.

Pogorzelcy dostali jakąś niewielką zapomogę, trochę drzewa z lasów i przy pomocy innych pobudowali swoje zagrody, jedni nad drogą, drudzy pod drogą, poszerzając w ten sposób swoje dział ki. Sromowska kotlina była dobrym miejscem do stawiania oporu przez uciekających Niemców.

Zaraz po przejściu frontu Rosjanie przemieszczali się od Szczawnicy do Nowego Targu. Szli po lodzie. Nie było takiego domu, którego by nie odwiedzili. Wyglądało to w ten sposób, że obojętnie o jakiej porze otwierali drzwi (bo nikt się nie zamykał), przechodzili przez kuchnię i pokój. Szli do spiżarni, zwanej komorą, która była na końcu, za pokojem. Mówili*. „Zdrastwujcie, German jest? Kuszać! Wódka jest?”. Wtedy rozkazywali sobie gotować, ale co można im było dać, gdy nic nie było oprócz kapusty i ziemniaków. Czasem mieli ze sobą jakieś konserwy. Jedni zjedli, ale zaraz po nich przychodzili następni głodni. Wydawało się, że to się nigdy nie skończy. Najbiedniejsze były wówczas dziewczęta, które musiały się ukrywać przed wojskiem. Wszystkie pomieszczenia były przeszukiwane. Dla niektórych dobrym schowkiem było łóżko wyścielone pierzynami. Można było za nie wskoczyć i ukryć się pod pierzyną. Tam siedziało się tak długo, aż żołnierze nie rozłożyli się do spania na słomie.

Wtedy cichaczem można się było wepchnąć do łóżka rodziców „na trzeciego”. Rano słano łóżko z córką jako jedną z pierzyn. Ponieważ nie było światła, więc to oszustwo było łatwiejsze do ukrycia.

Pewnego razu szesnasto-, a może siedemnastoletnie dziewczęta przędły w pokoju i nie spostrzegły Rosjan. Zauważyli ich jednak siedzący w kuchni i szybko dali znać, że nadchodzą. Otwarto piwnicę w komorze i prędko się tam ukryły, ale na nic się to nie zdało, bo Rosjanie je widzieli. Wpadli do kuchni. Ktoś odpowiedział, że nie zna rosyjskiego i że nie ma nikogo, ale to wszystko było na darmo, bo Rosjanie odbezpieczyli karabiny i wymierzyli w domowników. Wówczas gospodarz zawołał, aby dziewczęta wyszły, bo wszyst-kich zastrzelą. Te wyszły z wielkim strachem. Wtedy jeden z żołnierzy powiedział: „Nie bójcie się jestem Polakiem. Przeszedłem ponad tysiąc kilometrów, żeby zobaczyć polskie dziewczęta, a wy się ukrywacie?”. Bardzo się wszyscy zawstydzili, a zarazem ucieszyli, że tak to się szczęśliwie skończyło.

Innym razem zjechało do Sromowiec parę furmanek Rosjan, którzy pytali o bogatych gospodarzy. Zrabowano wówczas, splądrowano wszystko, co się dało. Za wojskiem pędzone było bydło – około stu sztuk lub więcej. Ponieważ nasze stajnie były puste, więc trzeba było je przyjąć, nakarmić, napoić, a wszystkiego brakowało. Panował też strach i bieda. Te krowy były koloru „szaleros”, czyli płowe. Miały olbrzymie rogi, więc w drzwiach stajni trzeba było przekręcać im głowy w bok, by mogły wejść do środka. Były o wiele większe od naszych czerwonych, górskich krów. Przeganianie bydła trwało tak długo, dopóki był lód na Dunajcu. Jeszcze do lipca pędzono bydło dla wojska, widać było po słowackiej stronie stada owiec, krów, koni, ale Dunajec był przeszkodą i do Sromowiec nie było przejścia.

Rosjanie – Stróże granicy

Wnet po przejściu frontu Rosjanie przyjechali na wozach konnych do schroniska pod Trzy Korony i znów się zaczęły kłopoty. Konie trzymali w przybudówce. Na służbę chodzili w drelichowych mundurach, z bagnetami na karabinach, szybkim krokiem, trójkami w odstępach, inaczej niż Niemcy, którzy szli do służby pewni siebie, spacerkiem i rozmawiali.

Zalecali się do dziewcząt, ale nie byli zbyt natarczywi, tak że nie trzeba się ich było bać. Bardzo często potrzebowali koni, czyli łoszaków do Nowego Targu, nawet do Rabki, gdzie trzeba było ich zawieźć. Sromowianie wozili dla wojska owies i siano. Ludzie bali się takich uciążliwych wędrówek, ukrywali konie, ale nie było to dobre dla zwierząt, gdyż w kryjówkach było zimno i mokro.

Sołtysem był wówczas Władysław Waradzyn. Wiejskie zebrania odbywały się na Pańskim Ogrodzie, należącym niegdyś do majątku Drohojewskiego. Tam też załatwiało się różne sprawy. Przyjeżdżał czasem Rosjanin w randze kapitana, który był dowódcą i pytał, czy ludziom nie dokucza wojsko radzieckie. Niedługo po przejściu frontu Rosjanie zabrali jednego mieszkańca. Była to bardzo przykra sprawa, bo do końca nie było wiadomo, za co go aresztowano. Dwa tygodnie był więziony w Zakopanem wraz z innymi z powiatu nowotarskiego. Trzymano ich w okropnych warunkach. Potem wywieziono ich w bydlęcych nieogrzewanych wagonach na Syberię.

Tam pracowali w brygadach lesorubowl3w kilkudziesięciostopniowym mrozie. Wycinali las i budowali linię kolejową. Nikt się o nich nie troszczył. Sami budowali ziemianki. Gdy wracali po kilku latach wynędzniali, zastraszeni, nie chcieli opowiadać, co się tam działo.

Latem 1945 roku wojska rosyjskie opuściły nasz rejon. Przyszło wojsko polskie, które wprowadziło inne porządki. Pilnowali granicy, a młodzież i starsi nie mieli tyle swobody, co za czasów Rosjan, kiedy mogli bez problemów przechodzić przez granicę na słowacką stronę. Za byle głupstwo żołnierze zabierali do strażnicy – przeważnie mężczyzn i trzymali ich bez jedzenia. Potem kazali szorować podłogi i wykonywać różne inne prace. Dręczyli ich moralnie i fizycznie.

Podczas okupacji hitlerowskiej nie było partyzantki w Sromowcach, pojawiła się po wyzwoleniu. Wtedy szybko zjawili się u nas funkcjonariusze UB, którzy szukali śladów oporu przeciwko władzy ludowej. Wówczas przyszła wielka bieda na mieszkańców, bo trzeba im dawać noclegi i żywić. Zapanował strach, gdyż nosili ze sobą broń.

Te sprawy nie są do końca wyjaśnione, lecz działo się wtedy wiele dziwnych rzeczy… Niech osądzi ich historia, a młode pokolenie może czegoś się dowie od dziadków, którzy to przeżyli.

Ludzie, którzy byli na robotach w Niemczech, zaczęli powracać do domów. Cieszyliśmy się z każdego powracającego. Otwarła się też droga na Ziemie Odzyskane. Ludzie wahali się, czy tam jechać, ale w Sromowcach też nie było widoków na lepsze życie. Powracający z Niemiec i zajmujący się szmuglem odważniej myśleli o wyjeździe.

Wielu Polaków jeździło na Zachód na szaber. Kupowano lub zabierano to, co zostawili uciekający Niemcy i przywożono w swoje strony na handel. U nas to się nie zdarzało ale, reszta Polski z tego żyła.

Chłopcy zaczęli zakładać rodziny i tak zaczęto powoli nieśmiało opuszczać rodzinne strony. Niektórzy sromowianie wyjeżdżali na Zachód, znajdując tam dobre miejsca do osiedlenia się. Wracali, po swe rodziny, jednak niebawem okazało się, że wybrane przez nich gospodarstwa zostały zajęte przez innych repatriantów. Zdecydowali się zamieszkać w Krościnie, spokojnym miejscu oddalonym od głównych dróg i kolei. Tam ziemi było do woli, ale też ciężko bez trzody i bydła. Jakoś się jednak zagospodarowali. U nich wcześniej niż u nas były żniwa i po obrobieniu swego pola wracali do rodzinnych stron z pomocą. Zazdrościliśmy im, ale rozkoszy nie mieli, np. syropem z buraków cukrowych słodzili kawę czy herbatę a także jedli z nim chleb.

Wnet nastały obowiązkowe dostawy i podatki, które trzeba było oddawać, a za niewywiązanie się groziły sankcje. Tęskno im też było za górami, nie słyszeli halnego wiatru, tylko widzieli tumany kurzu i piasku, bo ziemia była piaszczysta. Kontraktowali buraki, jarzyny, odstawiali mleko i gospodarowali jak umieli. Wkrótce zaczęto tworzyć PGR, a jednocześnie tępić kułaków. Nacisk był duży, więc ludzie oddali do tej wspólnoty ziemię i razem pracowali. Najpierw jakoś im szło, ale niedługo starzy zaczęli się wykruszać, a młodzi kształcili się, wyjeżdżali i wspólnota się rozpadła.

Nie wszyscy chcieli z powrotem ziemię odebrać i tę samą ilość obrabiać. Niektórzy pobudowali domy, a ziemię oddali dzieciom za renty. Dzisiaj jest to zwyczajna wieś, gdzie mieszkają ludzie przybyli z różnych stron Polski – dawni repatrianci ze Wschodu i inni tęskniący za swoimi rodzinnymi stronami.

W 1952 roku w Krościnie i jej okolicach powstała tajna, antyrządowa organizacja. Gromadzili się mężczyźni i o czymś radzili. Były to ciężkie, stalinowskie czasy, karano za słuchanie Radia Wolna Europa, wszędzie węszyli ubecy. Wkrótce wpadli na ich trop i 15 lip-ca 1952 r. zaczęły się aresztowania. Powstał okropny popłoch, ubecy przychodzili nocami, kolbami walili w drzwi, przeprowadzali rewizje, konfiskaty, w czasie śledztwa okrutnie torturowali. Ludzie tego nie wytrzymywali, sypali innych. Prześladowania trwały bardzo długo.

Niektórzy w czasie śledztwa 9 miesięcy siedzieli sami w celi. Przesłuchania odbywały się nocami z biciem, kopaniem, pluciem w twarz, wyzwiskami. Na rozprawy prowadzono po paru skutych więźniów. Odbywały się one przy zamkniętych drzwiach. Potem ci z zarządu organizacji dostali trzykrotne kary śmierci. Pozbawiono ich też praw obywatelskich. Inni dostali wyroki od trzech do pięciu lat. Siedzieli w Rawiczu, Wronkach, Krakowie, we Wrocławiu na Klęczkowskiej i na Sądowej, w Barczewie, Strzelcach Opolskich. Pracowali w kamieniołomach.

Matka jednego z więzionych pojechała aż do Warszaw)’. Udało jej się podać pierwszemu sekretarzowi partii prośbę rodziny o zwolnienie. Widocznie coś poskutkowało, bo skazany dostał pracę w więzieniu w Rawiczu. Było to bardzo cenne dla kogoś, kto dotąd hodował w samotnej, zimnej, betonowej celi muchy lub pająka, żeby widzieć coś żywego. Zmiany sekretarzy partii owocowały czasami amnestią. Niektórzy dostawali warunkowe zwolnienie, już nie wracając za więzienne mury. Jeden sromowianin został zwolniony w samą Wigilię. Ponieważ wzięto go latem, nie miał zimowego ubrania i przyszedł do domu w samej marynarce. Jakież było zaskoczenie i radość najbliższych, gdy po powrocie z pasterki spostrzegli go pod bramą po pięcium latach.

W latach pięćdziesiątych nadal sromowianom żyło się biednie. Liczne rodziny nie mogły wyżyć z uprawy roli. Młodzi mężczyźni wyjeżdżali więc w poszukiwaniu pracy. Znajdowali ją przede wszystkim na Śląsku – w kopalniach, ale także w Nowej Hucie, na różnorodnych budowach, w cukrowniach, cegielniach, przy wyrębie lasu. Na lato wracali w rodzinne strony, bo czekała na nich praca na roli, a uprawiano wtedy ziemię nie tylko blisko wsi, ale i wysoko w górach. Siano, len, buraki, „kwaki” (brukiew), przybywało bydła. Wieś stawała się nieco zasobniejsza także dzięki turystom, którzy coraz częściej odwiedzali Trzy Korony i spływali Dunajcem.

Z początku bardzo nieśmiało rozpoczynano budowy z myślą o turystach. Coraz więcej młodzieży kształciło się w szkołach różnych typów. Niektórzy mają teraz po trzy zawody: zdobyty w szkole, a także rol-nictwo i flisactwo.

We wczesnych latach sześćdziesiątych ludność była zobowiązana do odrabiania szarwarku14, ponieważ gruntowa droga ciągle wymagała remontów. Już w 1961 roku rozpoczęto budowę „prawdziwej” drogi – z betonu. Praca szła jednak wolno: materiały (żwir, cement) dowożono końmi, a beton robiono ręcznie. Mimo że wynagrodzenia były liche, pracowały także kobiety, które nie mogły zarabiać w inny sposób. Właściwie była to więc społeczna robota. W efekcie w 1968 r. do Sromowiec przyjechał pierwszy autobus. Otwarte zostało okno na świat.

W 1970 r. zaświeciła pierwsza żarówka, znów dzięki pracy społecznej mieszkańców, którzy zapewniali elektrykom bezpłatne wyżywienie i noclegi, a także rozwozili słupy i kopali rowy dla sieci podziemnej. Każde gospodarstwo domowe otrzymało trzy punkty świetlne. Powoli zaczął się pojawiać sprzęt elektryczny: radia, pralki, lodówki, także pierwsze telewizory. Dziś płynący Dunajcem turyści zdziwieni są tym, że prawie na każdym domu jest umieszczona antena satelitarna. Wnioskują stąd o bogactwie wsi, ale nie wiedzą, że bez tych anten sromowianie nie mogliby odbierać programów telewizyjnych, ponieważ przestał działać nadajnik na Kasprowym Wierchu.

W związku z tym i dziś nie mogą odbierać pierwszego i drugiego programu TVP. Inną zdobyczą cywilizacyjną były wodociągi. Oto relacja Stefanii Baszakowej:

Przecież jeszcze o wodzie trzeba opisać, bo tutaj państwo nic nikomu nie dołożyło. Wodę pociągnięto najwcześniej na przysiółku Pod Górą do domu wczasowego. Wówczas pomieszkiwa-li tam budowniczowie linii energetycznych przedsiębiorstwa ELTOR. Skorzystali z tego udogodnienia okoliczni mieszkańcy. Następnie wodociąg pociągnięto do Wygonu i Sromowiec Średnich, gdzie znajduje się parę ujęć wodnych. W 1971 roku dostęp do wody uzyskała część ulicy Flisackiej i Szkolnej. Tutaj mogę dokładniej opisać instalowanie wodociągu. Ile to kosztowało zachodu, pracy i pieniędzy! Materiał był ściągany z różnych miejsc: rury z Krakowa, armatura po parę sztuk, gdzie się udało kupić. Całość materiału była na przydziały. A w sklepach pustki. Wszystko szło na Wschód.

Duże kłopoty byty z realizacją przydziału cementu i drutu zbrojeniowego do budowy zbiorników. Na rury w ogóle nie dostaliśmy przydziału, słowem od państwa nie uzyskaliśmy żadnej pomocy. Wówczas składaliśmy się po 3-200 zł i każdy odrobił dwadzieścia dniówek przy zakładaniu wodociągu. Aby przybliżyć wartość ówczesnego pieniądza, dla porównania powiem, że krowa średniej klasy kosztowała ok. 3-000 zł. Źródła zasilające zbiorniki okazały się za słabe, o niskiej wydajności. Przyłączenie dodatkowych domów oznaczało zakładanie nowych rur, już plastikowych i kręgów betonowych. Również mieszkańcy końca wsi już od 1970 roku przernyśliwali o konieczności doprowadzenie wody do mieszkań. Odległość od zbiornika była duża, to i koszt większy. Zrobiono to, jak poprzednio, sposobem gospodarczym.

Początkowo chciano tę inwestycję załatwić „urzędowo”, lecz za samo wykonanie planu zaśpiewano nam sumę 1.500.000 zł. Ludzie z trudem jako tako wiązali koniec z końcem, niektórzy mieszkańcy klepali biedę. Niech to wystarczy na docenienie uporu, zaangażowania i pracowitości naszych sromowian. Mieszkańcy, którzy przeszli już niejedno w życiu, również i z tym problemem sobie poradzili. Z biegiem czasu domów przybywało, rosło zapotrzebowanie na wodę. Znów praca, wydatek… Jeszcze cztery razy dobudowywano nowej ujęcia. Nie obyło się bez przeszkód ze strony dyrekcji Parku Pienińskiego. Teraz Sromowianie wody mają pod dostatkiem i ciśnienie fest!

Jeszcze pozostała remiza strażacka bez wody. Rury były przydzielone, ale leżały dosyć długo bezużyteczne. Wodę na przyjęcia weselne dowożono w parnikach do ziemniaków. Wyglądało to nieciekawie. Zrobiliśmy zebranie, ludzie zgodzili się pomóc.

Pracę rozpoczęliśmy 23 listopada 1987 roku.

Pierwszego dnia pracowały trzy osoby, ale powoli nabierało to sensu. Przychodziło po siedem, osiem osób. Równocześnie robiono szambo. A rozpoczęliśmy z wielkim trudem, brakowało rur, niektórym trzeba było zapłacić dniówki. Pożyczało się, ale robota szła naprzód Bardzo ciężko było przebić się pod drogą. Robiono to, w nocy, także odpływ i szambo. Cały dzień padał mokry śnieg, ludzie byli przemoczeni, zmarznięci, ale dopięli swego.

Skręcały rury trzy osoby, trwało to aż do 23-00. W ostatni dzień była już minusowa temperatura, a rury odkryte. Zaczepialiśmy każdego, kto szedł, i zapraszaliśmy do pomocy. Zakończyliśmy po ciemku. Termometr wówczas wskazywał -15°C. Całkowicie pracę ukończono 6grudnia 1987 r. Urząd Gminy pokrył wszystkie długi.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *