Legenda o Janosiku

pieniny

Jest nad Dunajcem takie miejsce, gdzie nurt się zwęża pędząc skalnym korytem. Woda kotłuje się, pieni, huczy, bije o skały, spada srebrzystymi kroplami na brzegi. Nad kipielą piętrzą się białe skały, walają szare głazy. Miejsce to od niepamiętnych czasów nazywają ludzie Zbójnickim Skokiem.

Był pod Tatrami i Pieninami czas, kiedy lżej się żyło ludziom, sprawiedliwiej. Z gór spadali ku dolinom dobrzy chłopcy – zbójnicy, czyniąc swoją sprawiedliwość: co wzięli bogatym – dawali biedakom. Nie pozwolili skrzywdzić ubogiego, wdowy i sieroty. Bali się ich grafowie węgierscy, uciekali przed nimi żandarmi i pańscy hajducy. Śpiewano o nich pieśni i bajano cuda w góralskich wioskach. Silni byli, śmiali, urodziwi. Jak szli – ziemia drżała, jak tańczyli – drzazgi z podłogi leciały, złotem płacili za muzykę, a jak im ktoś wszedł w drogę – krew się lała.

Dzielni byli i sławni, a najsławniejszy, najdzielniejszy, najurodziwszy z nich nosił miano Jura Janosik. Znały go Węgry, znały słowackie sioła, znały Tatry i cała góralska dziedzina. Harnaś to był nad harnasiami, zbójnik nad zbójnikami. Szanowali go gazdowie, kochały dziewczęta, nienawidzili panowie. Szła sława Janosika szeroko po świecie.

Śmierć miał także zbójnicką, chwalebną. Zginął, jak przystało na harnasia, powieszony na haku za poślednie żebro w Świętym Mikułaszu. Do zguby przywiodła go frajerka -dziewczyna niegodna zbójnickiego kochania. Omamiony czułymi szeptami, czułymi uśmiechami zdradził jej Janosik swoją tajemnicę: otóż siłę i moc daje mu pas zbójnicki, a w walce pomaga cudowna ciupaga. Kiedy pas zdejmie, a ciupagę zamknie ktoś za siedmioma zamkami – przepadnie siła harnasia.

Zdradliwa dziewka zdjęła miłemu w komorze pas, ciupagę zamknęła w siedmiu skrzyniach i posłała wieść żandarmom. Skusiło ją judaszowe złoto, jakby mało go miała od zbójnika.

Wpadli żandarmi do chałupy. Chce się Janosik bronić -nie ma pasa ani ciupagi. Byłby jeszcze może poradził napastnikom, bo chłop był z niego mocny, ale frajerka – zdrajczyni wysypała mu pod nogi groch.

Tak harnasia nad harnasiami zgubiło kochanie. Przeklinali ludzie dziewczynę, opłakiwali zbójnika.

Zanim to się jednak stało, wpadł już raz Janosik pańskim hajdukom w ręce. Tańczył ze swoją kompanią w karczmie, weselił się. Jedni mówili, że o zbójnickiej zabawie wieść do niedzickiego zamku posłała z zemsty zdradzona dziewucha, inni, że stara zawistna baba, która poznała harnasia po wybijanym złotem pasie i pistoletach. Jak było naprawdę -nie wiadomo. Wpadli hajducy do karczmy, krew się polała, dziewczyny w krzyk, w płacz. Żyd karczmarz schował się pod szynkwas, muzykanci pod ławy.

Janosik pił słodkie wino z dziewczyną w komorze. Niczego nie spodziewającego się harnasia przysiedli kupą, skuli w kajdany i powlekli do niedzickiego zamku. Zamknęli go w lochu radzi ze zdobyczy, a że już była późna pora, poszli pić z uciechy do górnej komnaty. Rano się ze zbójnikiem rozprawią.

Opamiętał się rychło Janosik, wywietrzało mu z głowy wino. Targnął kajdanami – rozpadły się w strzępy, zaparł się w drzwi – puściły z futryną. Skoczył na dziedziniec, z dziedzińca na mur, z muru na skalną półkę, a z niej w rosnące dołem gęste krzaki leszczyny. Ruszył ku górom, zaś w biegu nikt mu nie mógł dorównać.

Podniósł się krzyk na zamku, wypadli hajducy z pochodniami, ruszyli pędem przez zwodzony most pachołcy na koniach. Obejrzał się Janosik za siebie. Niechże go gonią! Akurat złapią! Nie każdemu iść z halnym wiatrem w zawody!

Zbliża się pogoń, migają błyski pochodni. Coraz bliżej są też pienińskie skały, a tam, niechaj go łapią, niech gonią! Tam jego dziedzina. Zna każdą perć, każdą jamę, każdą skalę.

Naraz co to? Przed nim narasta szum, huk prawie. Jeszcze kilka kroków i nagle… To rzeka, Dunajec. Pędzi rwącym nurtem, pieni się, kotłuje w skalnej rynnie! Czy noc była zbyt ciemna, czy wina wypił zbyt wiele, dość, że nie przewidział tej przeszkody.

Już słychać rżenie koni, krzyki hajduków, Jeszcze chwila, a dopadną zbójnika, zakują w kajdany, wrzucą do ciemnicy i teraz już upilnują, oj upilnują! Obejrzał się Janosik za siebie! Słyszy jak starszy nad pachołkami woła:

– Żywcem, żywcem brać!

Przeżegnał się zbójnik, sprężył w sobie, spojrzał na majaczące na drugim brzegu skały – i skoczył! Ryczy spieniona woda, hurkocą w niej kamienie, ale nogi już czują twardy grunt. Teraz kilka susów między głazy i dalej niewidoczną dla innych percią w górę! Niech go teraz szukają czartowskie syny!

Stanęli nad Dunajcem konni, dobiegli pachołcy z pochodniami i słudzy z psami. Konie chrapią, stają dęba. Nie wejdą w rwący nurt, nie skoczą nad kipielą. Podwinęły pod siebie ogony psy. Klną hajducy. Gdzie się do diabła podział ten zbójnik? Czary, czy co?

Właśnie zaczęło różowić się niebo na wschodzie. Świta. Wpatrzony w drugi brzeg pachołek woła, a w głosie zdumienie, niedowierzanie, podziw:

– Skoczył, na świętego Wendelina patrona, skoczył! Stanęli gromadą nad rzeką. Nie do uwierzenia! Nie ludzka to sprawa! Robi się już całkiem jasno, bieleją skały na drugim brzegu a na jednej z nich… Dziwy! Wyraźnie widać ślad stopy, odbitego kierpca, jak w błocie, a nie w skalnej opoce!

Tak to harnaś nad harnasiami, zbójnik nad zbójnikami -Jura Janosik – uciekł niedzickim hajdukom.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *