Skąd się wziął Dunajec

przełom dunajca

Junak, który pokonał królewskiego gada urodził się podobno w Szczawnicy na Miodziusiu, a nosił niezwykłe miano Perlowicz. Zawdzięczał je temu, że jego matka, która przez wiele lat nie mogła doczekać się dziecka, za radą wędrownego żebraka połykała perły, ofiarowane jej przez niego i po tym lekarstwie przyszedł na świat chłopiec nazwany Perłowiczem. Niektórzy mówili, że żebrak ten nie był zwyczajnym chodzącym po prośbie ubogim, a duchem dziadka szczęśliwej matki, sławnego pszczelarza i pierwszego gazdy na Miodziusiu, które to miejsce wzięło swoją nazwę od słodkiego pszczelego miodu.

Od początku był Perłowicz dzieckiem wyjątkowym: urodziwy jak mało który, silny, mądry, uczciwy i bogobojny. Gdy podrósł, pasł bydło i owce, pomagał w gospodarstwie, za swoją prawość łubiany przez wszystkich, za siłę i odwagę podziwiany.
Żyli ludzie pod Pieninami spokojnie, ale licho nie śpi. Zwiedział się kiedyś chłopak ladaco, pasterz jakiś, że hen, w górach Tatrami zwanych mieszka król wężów, gad niezwykły. Na głowie nosi złocistą koronę wysadzaną diamentami, słuchają go wszystkie węże, a on sam strzeże nieprzebranych skarbów ukrytych we wnętrzu ziemi i posłuszni są mu podziemni rycerze. Postanowił tego gada zobaczyć, a może i w swojej zuchwałości sięgnąć po jego skarby!

Niewiele jednak zdziałał! Wysyczały żmije i zaskrońce królowi nowinę! Oto człowiek marny śmie pożądać jego bogactw! Chce niegodnymi oczami ziemskiej mizeroty spojrzeć na jego wężowy majestat! Rozzłościł się król dotknięty do żywego. Już on tym ludziom pokaże! Popamiętają wężowego monarchę!

Nie wiedzieli z początku mieszkańcy pienińskich osad, czemu to spadły na nich same klęski. Oto pewnej wiosny rozpleniły się gady, że strach! Idziesz w pole, są na kępie, na miedzy, w bruździe, w trawie i w krzakach, w kamieniach i w wodzie. Wejdziesz do zagrody – pełzają po stajni, krowom mleko spijają, snują się po izbie! A złe! A wścibskie! Niejednego człowieka, niejedno bydlątko pokąsały! Jakby mało tego było nic się w polu urodzić nie chciało, schło wszystko i marniało, chociaż rok był dobry. Potem się i inne niedobre rzeczy zaczęły; znikało bydło, owce, czasem i co urodziwsze dziewuchy, jasnym płomieniem paliły się ludzkie sadyby, nie wiedzieć dlaczego.

Wreszcie wywiedzieli się ludzie, z czyjej ręki ich tyle zła spotyka. Mści się wężowy król za głupią chciwość i ciekawość ludzką! Chyba przyjdzie im zebrać resztki dobytku i uciekać, gdzie oczy poniosą.

Skąd Perlowicz usłyszał, że królowi wężów poradzi jeden junak i ludzi od jego złości uwolni – nie wiadomo. Dość, że od tej pory tylko o tym myślał i modlił się gorąco o poratowanie w nieszczęściu. Pewnego razu, kiedy pilnował jak zwykle swojego stada owiec pasącego się pod Witkulą naraz spostrzegł, jak tuż przy jego kierpcach wyrasta z ziemi roślinka; rośnie w oczach wyższa i wyższa, już pręży zieloną łodygę, już wypuszcza delikatne listki, już zielone pączki rozwijają się w wonne, białe kwiaty. Lilia! Zanim zdążył pomyśleć, skąd wzięło się to cudo, niezwykły kwiat przemówił! Oto króla wężów pokona on, Perłowicz, chłopak prawy i dzielny, a dokona tego dzięki zwykłej palicy – kijowi, jakim każdy pasterz owce nawraca. Leży ta palica na Siodełku, równince na stoku Bystrzyka. Tylko iść po nią i zabrać!

Chciał Perłowicz o coś zapytać, dotknąć kwiatu, żeby sprawdzić czy sen to, czy rzeczywistość, ale niczego już koło niego nie było. Owce pasły się jak przedtem, w dole szumiał potok, górą wiatr swawolił w drzewach. Tylko w powietrzu unosił sie nikły, słodki zapach lilii.

Jeszcze tego samego dnia pobiegł Perłowicz na Siodełko. Długo chodził i szukał. Tyle leży tu drewna na palice sposobnego! Wreszcie jeden kij mu się spodobał. Gładki i prosty, z jednego końca grubszy, jakby ludzką ręką obrobiony! Może to ta palica, o której mówiła lilia? Schylił się, by podjąć ją z ziemi, ale co to? Ciągnął i ciągnął, szamotał się ile siły, a kawałek drewna w żaden sposób nie dawał się ruszyć z miejsca! Kiedy już zrezygnowany chciał odejść, naraz poczuł znowu znany sobie słodki zapach. Rozejrzał się dookoła. Pod krzakiem dzikiej róży, w trawie, mienią się białe kwiaty, a cichy głos szepcze:

– Ożeń się ze mną junaku, a każdej broni, także tej, poradzisz!

Nie namyślał się długo Perłowicz! Ukląkł przed kwiatem i przysiągł lilię poślubię. Jeszcze nie skończył szeptać swojej przysięgi, kiedy wszystko zniknęło. Został krzak róży i wygnieciona kolanami Perłowicza trawa. Cudownej rośliny ani śladu! Tylko palicę naraz podniósł jak źdźbło słomy; taka była lekka!
Nie wrócił już Perłowicz do wsi. Tak jak stal, ruszył ku Tatrom, szukać wężowego króla. Przez wiele dni wędrował nieprzebytą puszczą, przedzierał się przez gąszcze, brnął przez mokradełka. Zagradzały mu drogę zwalone pnie stuletnich olbrzymów, potoki huczące w skalnych korytach, rozpadliny, skłębione zielsko. Zaglądał mu w oczy strach, głód, ogarniała wędrowca słabość. Nocą dokuczał chłód, we dnie żar. Hen, nad lasami zaczęła się kraina skał, przepaści i turni. Szedł Perłowicz perciami nad bezdenną otchłanią, wspinał się stromymi żlebami. Kilka razy mignęła gdzieś w piargach złocista korona wężowego króla, zalśniło na upłazie poskręcane cielsko.

Dopadł go wreszcie Perłowicz gdzieś w skałach. Uniósł gad głowę ciężką od korony, chciał śmiałka jej blaskiem oślepić! Przysłonił Perłowicz oczy dłonią i ruszył dzierżąc w garści palicę. Zasyczał wąż i zionął ogniem by junaka przerazić! Na nic! Już chłopak zajrzał w zimne oczy gada, śmiało, bez lęku. Skurczył się wężowy król, rozwinął jak sprężyna i runął upłazem w dół przed siebie. Ucieka! Popędził za nim Perłowicz. Wąż przez potok, on za nim, wąż wije się po piargu, on biegnie jego śladem, wąż sunie pomiędzy drzewa, chaszcze i kamienie. Perlowicz za nim! Wreszcie uciekajaemu-gadowi zagrodziły drogę skały, białe, wysokie, Runął pomiędzy nie, ślizga się cielskiem, żłobi kręte koryto. Wszystko na nic! Już mu junak ogon przydeptuje, już palicą tłucze po grzbiecie! Wyrwał się wężowy król ze skał i ruszył z powrotem. Może tam, w turniach go śmiałek nie doścignie! Doścignął! Gdy poraniony gad próbował sję_wcisnąć pod ziemię zabił go Perlowicz palicą, a krew oblała okoliczne skały, które od tej pory nazywają ludzie Czerwonymi Wierchami. Taki był koniec wężowego króla.

Perłowicz zaś wrócił do wsi, w Pieniny. Jakże się zdumiał, kiedy w litej skale zobaczył wyryty wężowym cielskiem wąwóz, którym już z hukiem i szumem płynęła woda! Dunajec! Chcieli go ludzie na rękach nosić, zlotem obsypać, wszelkim dobytkiem obdarować! Na nic! Za szumiącą wodą Dunajca, na skalnym cyplu, gospodarować zaczęli właśnie zakonnicy, tu gdzie do tej pory wznoszą się mury Czerwonego Klasztoru. Do nich to przystał Perłowicz. Całe życie dziękował Panu za to, że mógł ludziom ulżyć w ich niedoli i od złych mocy obronić. Tu też zgodnie ze złożoną przysięgą poślubił lilię, która w przyklasztornym ogrodzie co wiosnę zakwitała białym pachnącym kwieciem. Po zmaganiu zaś z wężowym królem pozostało wyżłobione jego cielskiem w skałach koryto, którym pędzą spienione wody Dunajca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *