Spływ Dunajcem historia

dunajec

Czasy od kiedy zaczynają się spływy na Dunajcu giną w mroku dziejów. Ludność wiosek pienińskich od swojego zarania zwrócona była ku rzece. Ta dawała pożywienie, pozwalała na kontakt ze światem, przysparzała pieniędzy zarobionych na wodnym transporcie. Przy lichym stanie ówczesnych dróg i kosztownym transporcie kołowym, opłacalnym był spław drewna i towarów, które często docierały do Korczyna i Szczucina, a czasem Warszawy lub samego Gdańska. Ten środek przewożenia wydaje się dosyć wczesnym skoro mistrz Jakub Korab z Nowego Targu już w 1589r. na ścianie kościółka w Krościenku wymalował patrona flisaków św. Krzysztofa. W 1708r. spłynął Dunajcem Daniel Krman z Omszyny pod Terenczynem, o którym w swej pracy “Pieniny – Dunajec – pltnictwo Frantiszek Soszka tak pisze: „Medzi prwych priekopnikow pltnictwa na Dunajci patri cestowattel Daniel Krman z Omsenia pri Triencine. Plavil sa po Dunajci na dlabanej plti w augustie 1708. Boi wysiany ku śwedskiemu kralowi Karlowi XII aby dohodol podporu pre odbój. Plavil sa do Warsa wy odital isiel po susi.”

W XVIII-wiecznej ikonografii Czerwonego Klasztoru także nie brak scen o tematyce spływu. Jednakże istniejące przekazy dowodzą, że początkowe „spławianie” miało charakter jedynie pojedynczych towarzyskich imprez, jak ta w 1815r. gdy przełomem spłynęli niedziccy hrabiowie wraz z grupą gości.

Turystyczne natomiast spływy zaczynają się dopiero na przełomie 30/40 lat XIX stulecia i wiążą się nierozłącznie z osobą ówczesnego właściciela Szczawnicy Józefa Szalaya. Ten renesansowy wręcz mąż, twórca i organizator uzdrowiska, na długiej liście dokonań pozostawił po sobie również zorganizowany spływ na Dunajcu. Jak wówczas wyglądała taka przejażdżka, której niejednokrotnie hetmanił sam gospodarz opisuje wiele osób. W 1848r. badacz Beskidów, Ludwik Zejszner tak ją wspomina: “Z rana wypływa ze Sromowców, wioski przyległej Czorsztynowi flotylla z 10-15 podwójnych łodzi złożona. Trzeba łodzie po dwie ze sobą łączyć, ponieważ z pni świerkowych wydłubane, łatwo są wywrotne. Towarzystwo poprzedza powszechnie muzyka na oddzielnej łodzi, na drugiej zaś artyleria strzelająca z moździerzy, w miejscach gdzie się echo odbija.

Jak czytamy w opisie Zejsznera pływano tzw. „dwójkami albo “dwojakami”. Była to tratewka zbita z dwu wydłubanych w świerku lub lepiej topoli (lżejsze) łodzi połączonych ze sobą wikliną. Z tego okresu oprócz przekazów pisemnych mamy także dokumentację ikonograficzną. Najważniejsze są litografie wykonane z rysunków Szalaya przedstawiające sielankową przejażdżkę łodziami, w których siedzą wytworni panowie w cylindrach i eleganckie panie (choć w wyraźnej mniejszości) w dużych kapeluszach i krynolinach. „Dwójki” te były najwidoczniej nie bardzo bezpieczne, gdyż w niedługim czasie dołożono trzecią dłubankę (“trojaki”) a na przełomie stulecia czwartą. Z tego właśnie okresu (1907r.) istnieje informacja że z Czorsztyna płynęłą wycieczka urzędników austriackich złożona z 40 tratew, w których łodzie wiązane były właśnie czwórkami.

Spływy niejednokrotnie stawały się okazją do patriotycznych manifestacji. Łodzie ozdabiano barwami narodowymi, flisacy nakładali biało-czerwone opaski, a pierwszą łodź, w której często płynął Szalay lub admirał floty dunajeckiej – jak go nazywano Piotr Salomon dekorowano biało-czerwoną flagą. W 1893r. narodową fanę zastąpił ufundowany przez flisaków sztandar, który łopotał eksponując na jednej stronie godło Polski, na drugiej wizerunek bł. Kingi, patronki Pienin. Dodatkową atrakcją spływu, o czym również wspomina Zejszner, były wystrzały z małych moździerzy, które odpalały salwę na wiwat “w miejscach, gdzie się echo odbija”. Spływ także rzeczywiście uprzyjemniała orkiestra zdrojowa, chociaż jak to często bywa nie wszyscy byli tym zachwyceni. Józef Nyka podaje (“Spływ przełomem pienińskim”), iż żalił się pewien dziennikarz, “że zabieranie orkiestry zdrojowej, jest niewłaściwe z uwagi na interes kuracjuszy pozostających w uzdrowisku”.

Relacje ze spływu w ówczesnych środkach przekazu zaczynały się zazwyczaj gloryfikującymi opisami Przełomu. Dziennikarz krakowskiego „Czasu” (sierpień 1852r.) tak rozpoczyna swe wrażenia: “Próżno bym kusił się o opisanie Dunajca w Pioninach. Największa wyobraźnie nie może sobie nic piękniejszego, nic wspanialszego wystawić. Znam brzegi Dunaju i brzegi Renu i Elbę w Saskiej Szwajcarii, to wszystko nie może iść w porównaniu z Dunajcem w Pioninach i śmiało powiedzieć można, że ta przejażdżka z Czerwonego Klasztoru do Szczawnicy jest jednym z najpiękniejszych na świecie spacerów.”

A tak o spływie Dunajca i jego historii opowiada stary flisak kliknij>>>

Trzeba dodać iż miejscem rozpoczynania spływu nie zawsze był Czerwony Klasztor (chociaż najbardziej popularny, gdzyż przejażdżka Dunajcem można było połączyć z wycieczką na Trzy Korony) ale opisy z tego okresu wymieniają także Czorsztyn, Sromowce Wyżne i Niedzicę. Spływ kończył się natomiast zawsze w Szczawnicy. Przybywających witali znajomi górale palący ogniska oraz wchodzące do wody góralki trzymające girlandy splecionych kwiatów lub powiązane kolorowe chustki, pod którymi to bramami przepuszczały wycieczkowiczów licząc na gratyfikację. Tak o zakończeniu swojej wodnej wycieczki pisze lekarz, dr Szymon Wróblewski w korespondencji “Czasu” z dnia 10 sierpnia 1856r.


U przystani zaś, do której przybyła nasza flotylla, witali powracających mieszkańcy Szczawnicy, ozdobnie przystrojonemi w kwiaty bramami, rzucanemi wieńcomi, a dalej gorejącymi kagańcami. Piękny to był zaprawdę dla nas ten dzień 16 lipca i pamiętny z wycieczek wykonanych do Pionin, Czerwonego Klasztoru i śmierdzączki posiadającej zbawienne kąpiele siarczane. Nie tylko jednakże ówczesne mass media rozpisywały się o spływie. Cała XIX wieczna literatura pełna jest takich euforycznych opisów, gdzyż wycieczka ta należała nie tylko do żelaznego repertuaru szczawnickich atrakcji, ale również była w dobrym tonie całego ówczesnego “beau monde”.
Pisali o tym “zjawisku” Szczęsny Morawski – autor “Sądeczcyzny”, Jadwiga Łuszczewska-Deotyma i Narcyza Żmichowska – powieścioposarki, Bogusz Z. Stęczyński – miłośnik pieszych wędrówek po kraju, wielce utalentowany rysownik i mniej zdolny wierszokleta, poeci Seweryn Goszczyński, Wincenty Pol, Maria Konopnicka, Adam Asnylk,

Konopnicka, której debiut literacki przypada właśnie na szczawnicki okres, zauroczona Pieninami, zafascynowana spływem pisze:
Wąziutkie nasze łodzie przepięte łańcuchem
lekko mkną po Dunajcu lekkim jakimś ruchem
I tak modrawą falę przecinają gładko
Jakby ptactwa urodnego żeglujące stadko

Zaś Adam Asnyk swej młodziutkiej przyjaciółce Anieli Grudzieńskiej, którą poznał w Szczawnicy, deklamuje w łódce:
„Łódkę do drogi strumień kołysze
I pianą rosi nadbrzeżne mchy
Płyńmy więc w ciemność i nocną ciszę.

W krainę cudów, marzeń i mgły.
Głowę swą oprzyj na mym ramieniu
I do księżyca obróć swą twarz
I oświecona w bladym promieniu
O widmie szczęściu dumaj i marz!”

Bowiem rzeczywiście – jak radzi Wincenty Pol w “Pieśni o domu naszym”-
„Jeśliś kochał, walczył, wierzył
Poznał prawdę, stwierdził w czynach
Przebrnął morze, świat przemierzył
Poznaj jeszcze łódź w Pieninach
…”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *